Oniryczne Wiersze

Wielu autorów wykorzystało senne inspiracje w napisanych wierszach. Część z nich można przeczytać poniżej.


"Myślałem, że to sen…" autor: Adam Asnyk

Myślałem, że to sen, lecz to prawda była,
Z nadziemskich jasnych sfer do mnie tu zstąpiła,
Przyniosła dziwny blask w swoich modrych oczach,
Przyniosła kwiatów woń na złotych warkoczach;
Podała rączkę swą, szliśmy z sobą razem,
Przed nami jaśniał świat cudnym krajobrazem.
Pośród rozkosznych łąk i gajów mirtowych.
Wiecznie zielonych wzgórz i wód szafirowych
Szliśmy, nie mówiąc nic, a mnie się wydało,
Żem z jej różanych ust, jak z otwartej księgi,
Czerpałem tajny skarb wiedzy i potęgi.
Wtem nagle przyszła myśl dziwna i szalona,
Żeby koniecznie dojść, skąd i kto jest ona?
I gdy zacząłem tak i ważyć i badać,
Kwaty zaczęły schnąć, a liście opadać,
I nastał szary mrok… a ja w swoim biegu
Stanąłem w gęstej mgle na przepaści brzegu.
Strwożony zmianą tą, zwróciłem się do niej,
Miestety, już jej dłoń nie była w mej dłoni.
Słyszałem tylko głos ginący w ciemności:
"Byłam natchnieniem twym, marą twej młodości!"
I pozostałem sam, i noc świat pokryła…
Myślałem, że to sen, lecz to prawda była!


"Sen" autor: Władysław Broniewski

Lampę zgasiłem. Znowu zapalam.
Noce bezsenne. Wietrzne są dnie.
Nerwy wariują, serce na alarm
bije, dokucza, spać nie pozwala.
Męczę się. Nocą bezsenną – śnię.

Pewnie nerwica, koniak lub chamsin,
lub wszystko na raz. Trafi mnie szlag…
Jakże mi trudno z serca wytłamsić
sen darowany, sen, który dam ci
oślepiający… Widzę go tak…

Jerozolimskie małe podwórze.
Białe kamienie. Ileż tu dnia!
Drzewko kwitnące rośnie przy murze.
Patrzysz wzruszona. Widok cię urzekł
kwieciem wiosennym. (Drzewko – to ja).

Ledwie zdążyłaś rzucić spojrzenie,
zmienia się wszystko: zerwał się wiatr,
dopadł i wyrwał drzewko z korzeniem,
cisnął na ziemię, wtłoczył w kamienie,
odarł urodę, liście i kwiat…

Pragniesz gałązkę zerwać choć jedną,
chwytasz z pośpiechem w dłonie – i patrz!
Tylko już próchno, tylko już drewno…
Kwiecie zniknęło… Było na pewno…
Gdzież się podziało? Zbudź się i płacz…

Nie dbam, co pisze Freud na ten temat.
Co mi tam prawdy znane od lat.
Serce mnie boli. Piszę poemat.
Ciebie nie będzie. Ciebie już nie ma.
Został alkohol, chamsin i wiatr.

Rozbij się wreszcie, banio z poezją,
zamiast radości – słowa mi daj!
W życiu mi nieraz nagle tak sczezło,
drewnem się stało, w próchno obmierzło
to, co się tobie śniło jak maj.


(Wiedziałem dobrze, że śnię) autor: Ernest Bryll

Wiedziałem dobrze, że śnię i wiedziałem
Że boję się jak w życiu

Z największą pilnością

Stary dom cal po calu z ziemi wyrywałem
Ryłem się pod fundament, aż trzeszczały kości
Stałem się niemy, głuchy, od potu oślepły…

Dom trwał jak owoc dyni cichy, ogromny i ciepły
Cały miękkością wewnątrz wysłodzony
Dorzeczem swych korzeni tak z ziemię wczepiony
Że musiałem krwiobiegi ciemnych wód naruszyć
Pół świata wyjałowić, na popiół wysuszyć
Zanim umarł mi w dłoniach.

I sen był skończony


"Sen" autor: George Gordon Byron

Przekład: Adam Mickiewicz.

Dwoiste życie nasze: sen ma świat udzielny
Śród otchłani, nazwanych bytem i nicestwem,
Nazwanych, lecz nieznanych, - sen ma świat udzielny,
Z rzetelną władzą rządząc nad marnym królestwem.
Mary i życie biorą, i postaci noszą,
Rozczulają i dręczą, i łechcą rozkoszą.
Troski dzienne ciężarem przywalają sennym
I ujmują ciężaru naszym pracom dziennym.
One się do istoty naszej mogą wcielić,
Zabrać połowę czasu i byt nasz podzielić.
Jak posłańce wieczności - błysną i przepadną,
Jako przeszłości duchy - często przyszłość zgadną,
Jak wróżące Sybille - ciemność do ich ręki
Składa tyrańskie berło rozkoszy i męki.
One, gdy zechcą, na to przerobić nas mogą,
Czym nie byliśmy nigdy; - one rażą trwogą,
Wywołując cień z grobów. - Więc mary są cienie?
Przeszłość nie jestże cieniem? czymże jest marzenie?
Robotą duszy, - dusza może wyprowadzić
Z nicestwa światy nowe i na nich osadzić
Doskonalsze od ziemskich kształty promieniste,
Wlać im duch trwalszy, niżli w ciała rzeczywiste.

Opowiem wam, co mi się dawniej przywidziało:
Może we śnie - bo kiedy sen uwięzi ciało,
Duch wolny może obiec rozległą krainę
I długie pasmo życia w jedną zwić godzinę.
Zdało mi się, żem widział młodych ludzi dwoje.
Chłopca i dziewkę; stali na wzgórku oboje,
A wzgórek był zielony, pochyłej urody,
Niby jaki przylądek; tylko zamiast wody,
Wkoło żywy krajobraz i powiewna fala
Kłosów i sianożęci, i gdzieniegdzie z dala
Porozrzucane chaty; nad nimi dym bury
Ulotne snuł kolumny. Sam wierzchołek góry
Zdobiły zasadzone drzew i kwiatów wieńce;
Nie przypadek je sadził, lecz umyślne ręce.
Chłopiec i dziewka patrzą - ta na okolice
Piękne jak ona sama, a ten na dziewicę.
W nim rozwija się młodość, w niej piękność rozwita,
W obojgu młodość, ale młodość rozmaita. -
Jak wśród niebios jaśnieje wdzięczna twarz księżyca,
Tak wpośród lat niewieścich jaśniała dziewica.
Chłopiec był laty młodszy, lecz starsze nad lata
Serce jego; wzrok jego w całym kręgu świata
Jedyne tylko widział swej kochanki lice,
I widział ją przed sobą, w niej utkwił źrenice
I nie mógł ich oderwać; nie było w nim ducha,
Ona była mu duchem; głosu jej drżąc słucha,
Ona była mu głosem; on swych oczu nie ma,
Ona była mu okiem: bo ścigał oczyma
Jej spojrzenia, i wszystkie oglądał przedmioty
W świetle od niej odbitym; on nie ma istoty,
Nie ma życia: w nią przelał całe życie swoje,
W niej, jako w oceanie, wszystkie myśli zdroje
Pogrążył; za jej słówkiem, za ręki dotknieniem
Krew w nim ścina się lodem albo wre płomieniem.
Twarz jego na przemiany goreje i bladnie,
Serce boli i bólów przyczyny nie zgadnie.
Lecz ona słodkich jego cierpień nie podziela,
Wzdycha, lecz nie do niego, - ma w nim przyjaciel?,
Ma brata, i nic więcej! - On przestawał na tem.
Że ją zwał przyjaciółką, że go zwała bratem;
Teraz nie chce przestawać. Skądże ta różnica?
Czas rozwiązał zagadkę - kochała dziewica,
I kochała innego; i właśnie w tej chwili,
Gdy oboje na górze stali i patrzyli,
Ona wzrokiem kochanka dalekiego nęci,
Żeby leciał tak bystro, jak lecą jej chęci.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Widać gmach starożytny; - stoi u przedsienia
Rumak z siodłem do drogi - w gotyckiej kaplicy
U ołtarza był chłopiec - nie widać dziewicy.
Chłopiec blady, samotny, przechodził się, myślił,
Usiadł, dobywa pióro, kilka słów nakryślił
I z pochyloną głową, na ręku oparty,
Wstał znowu, wstrząsnął głową i pisane karty
Na części rozerwawszy, w drżącej ciśnie dłoni,
I z gniewem w zębach szarpie, ale łez nie roni.
Uspokoił się nieco, zapalone lica
Ostygły i zmartwiały, - wtem wyszła dziewica.
Z obojętnym uśmiechem spotyka młodziana,
Choć dostrzegła, że była od niego kochana,
Że jej cień jako całun padł na jego duszę,
I zgadła, że on dla niej ma cierpieć katusze
Długie, straszne; nie zgadła, że miał cierpieć wiecznie.
Chłopiec wziął ją za rękę; obojętnie, grzecznie
Spojrzał - i w tej mu chwili na źwierciadło lica
Wybiła niewymownych uczuć tajemnica,
I zagasła - i znowu czoło zaszło mrokiem,
Znowu puścił jej rękę i powolnym krokiem
Oddalił się w milczeniu, nie żegnał dziewicy.
Rozstali się z uśmiechem; on wyszedł z kaplicy,
Raz jeszcze na ojczyste gmachy okiem rzucił,
Dosiadł konia, pojechał - i więcej nie wrócił.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Chłopiec dorósł młodzieńca - w obce pokolenia,
W dalekie zbłądził kraje i pod wschodnim słońcem
Poił duszę płomieniem, - on wiecznym był gońcem
Na lądzie i na morzu. Dokoła postaci
Podobne jemu krążą, przyjaciół czy braci?

Tu mnóstwo scen okropnych snuło się od razu,
I ów chłopiec był cząstką każdego obrazu.
Ujrzałem go na koniec. Dziwacznie przebrany,
Gdzieś daleko, w obozie wschodniej karawany.
Śród połamanych kolumn, na gruzie pomników,
Co przeżyły imiona swoich budowników,
Leżał; a przy nim wielbłąd żuł resztę obroku,
Kilka arabskich koni pasło się u stoku.
Podróżni, których znużył upał całodzienny,
Drzemali w cieniu ruin, - on jeden bezsenny,
Na ręku wsparty, oczy na północ obrócił,
Z twarzą natchnienia pełną - rozmyślał czy nucił?
Niebo czyste tak wszystkie chmury zdjęlo z siebie,
Że ledwie co nie widać Pana Boga w niebie. -

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Dziewica z oblubieńcem pierścionki zamienia.
On ją pojął, mnogimi osypał dostatki.
Widzę ją w cudzym domu, słyszę imię matki;
Otaczają małżonkę wesołe plemiona,
Nadobne syny, córki, - ale za cóż ona
Jakąś tęsknoty chmurą wdzięczną postać mroczy,
Zdradzając tajną boleść, co jej serce toczy?
Źrenice niegdyś jasne zamgliła powłoka,
Niby jakaś łza dawna, przystygła do oka;
Skądże to? - Wszak z kochankiem złączona na wieki,
Wszakże ten, co ją kochał, jest od niej daleki,
Nie będzie myśli czystych złym życzeniem brudzić,
Nie będzie jej westchnieniem nieumyślnym nudzić.
Czegoż smutna? wszak darmo wzajemności żądał,
Darmo w jej oczach zimnych nadziei wyglądał.
Wzgardzony, nie jest pewnie sprawcą jej katuszy,
Jest widmem dla pamięci, nie sępem dla duszy.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Młodzieniec znowu szuka domowego cienia.
Widzę go przed ołtarzem, z nim oblubienica
Młoda, wdzięcznej postawy, nadobnego lica:
Lecz nie była to owa najpierwsza kochanka,
Owa gwiazda błogiego młodych lat poranka.
Musiał o niej zapomnieć, - stoi zadumany,
Rozpatruje kościelne sklepienia i ściany -
Zadrżał i w tej mu chwili na zwierciadło lica
Wybiła niewymownych uczuć tajemnica,
I zagasła - i znowu czoło zaszło mrokiem.
Pogląda na swą żonę, ale błędnym wzrokiem;
Powtarza jej przysięgi, których nie rozumie:
Z kim jest, gdzie jest, zapomniał w sprzecznych myśli tłumie.
Widzi tylko swą młodość, stary gmach, kaplicę,
I listek poszarpany, i swoją dziewicę.
Te przypomnienia kirem śmiertelnej zasłony
Oddzieliły na wieki młodzieńca od żony; -
Po cóż w takiej godzinie takie przypomnienia?

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Widzę dawną dziewicę. Jakie w niej odmiany!
Ona w suchotach duszy; - jej rozum znękany
Opuścił ster myślenia, wzrok jej dziko lata,
Blask, co świeci w jej oku, nie jest z tego świata;
Ona jest jak królowa nad państwami marzeń;
Jej myśl stała się węzłem sprzecznych wyobrażeń;
Kształty, niedotykalne zmysłom śmiertelnika
I niewidzialne, ona dostrzega, dotyka
I w poufałej wzywa do siebie rozmowie:
Taką chorobę wiek nasz obłąkaniem zowie.
Lecz nieraz mędrzec głębiej w obłąkanie wpada,
Jeśli melancholiji smutny dar posiada;
Bo wzrok melancholijny jak teleskop sięga,
Dalekie widma zbliża, rozłączone sprzęga,
I urok życia chłodną rozdarłszy uwagą,
Rozkrywa rzeczywistość wystygłą i nagą. -

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Młodzieniec był pielgrzymem, jak widać z odzienia.
Kształty przy nim krążące znikły z senną marą
Lub wojnę z nim toczyły; - on stał się ofiarą
Nienawiści swych wrogów; zewsząd zguby bliski,
Postrzega sidła zdrady lub zemsty pociski.
Stoły jego zgryzota jak harpija plami,
On, jak dawny Mitrydat, karmił się jadami;
A trucizna nie była szkodliwą dla niego
I służyła mu na kształt chleba powszedniego.
Co innym śmiercią było, tym życie przewlekał;
Zbrzydził społeczność ludzką, w pustynie uciekał,
Żył w przyjaźni z górami, myślą do gwiazd lata,
Wdał się w rozmowę z wielkim jenijuszem świata.
Wzbogaconemu nauk czarodziejskich zbiorem
Tajemna księga nocy stanęła otworem.
Jego klątwą wyzwane z głębokości ziemi
Duchy go otoczyły - i został się z niemi.

Nie ma więcej zmian w scenach mojego widzenia.

Zbudziłem się. - Jak dziwne wyroków zrządzenia!
Mój sen dla dwojga ludzi smutny koniec znaczy,
Jednemu w obłąkaniu, obójgu w rozpaczy.


"Do Snu" autor: Jan Kochanowski

Śnie, który uczysz umierać człowieka
I ukazujesz smak przyszłego wieka,
Uspi na chwilę to śmiertelne ciało,
A dusza sobie niech pobuja mało!
Chce li, gdzie jasny dzień wychodzi z morza,
Chce li, gdzie wieczór gaśnie pozna zorza
Albo gdzie śniegi panują i lody,
Albo gdzie wyschły przed gorącem wody.
Wolno jej w niebie gwiazdom się dziwować
I spornym biegom z bliska przypatrować,
A jako koła w społecznym mijaniu
Czynią dźwięk barzo wdzięczny ku słuchaniu.
Niech się nacieszy nieboga do woli,
A ciało, które odpoczynek woli,
Niechaj tym czasem tesknice nie czuje,
A co to nie żyć, w czas się przypatruje.


"Dziewczyna" autor: Bolesław Leśmian

Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.

I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie…

Mówili o niej: "Łka, więc jest!" - I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili…

Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.

Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!

Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną…
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!

Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas - i tylko młot inaczej dzwoni…

I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.

Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera…

I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!…
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!

Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!

Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.

I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!

Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu!

Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?

Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.

I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?


"Sen" autorka: Jadwiga Łuszczewska

Trzy siostry Parki, władczynie ziemi,
W trzy nitki wiążą dni naszych len:
Tam śmierć - tu życie - a między niemi
Pół życia, pół śmierci: sen.

Świat to osobny iskrzących ciemnic -
Własnych praw – dziwnych uciech i prób.
Może pełniejszy jeszcze tajemnic
Niźli kolebka i grób.

A przecież dusza, branka zwyczaju,
Tak do tych tajemnych przywyka trwóg,
Że co dzień (co dzień!) bywa w tym kraju
I nawet nie pomni dróg.

Ach! bo pomiędzy dzienną pogodą
A senną chmurą jezioro jest.
Przeszłość je zwała Letejską wodą,
Śmierć daje w nim pierwszy chrzest.

Gdy dusza, ciasnym przeczuć okienkiem,
Tak rwie się tęsknie w błękitną dal,
Czemuż-by pieśnią, niby czółenkiem,
Nie puścić się z wolą fal?

Ukołysana ruchem otchłani,
Płyń duszo! W innym świecie się budź!
Pójdźcie znużeni, pójdźcie stroskani.
Wsiadajmy w cudowną łódź.

Jeszcze nie Charon steruje w łodzi,
Lecz jakiś Geniusz nieznany. Ach,
Patrzcie: on z kształtu w kształty przechodzi
Patrzcie: pól-anioł, pól-strach!

U brzegów, mroczne wiszą opoki.
Słychać pacierze jak szelest drzew…
Przed nami płynie łabędź wysoki.
Zawodząc przedśmiertny śpiew.

Modremi mgłami mrzy okolica
I niby słońce wyjrzało znów,
Lecz słońce inne ma łzy księżyca.
Wpływamy - w dolinę snów.

Po jednej stronie, jak raj wesoła;
Po drugiej, straszna, jak piekieł dno.
Na brzegach, gęsto kiełkują zioła,
I trzciny się z falą gną.

Sitowie życia, jeszcze tak nisko
Wrośnięte w cichą, Letejską toń,
Związując prątki, niby kołyską
Ocienia dziecięcą skroń.

I tych dzieciątek cała drużyna.
Jak mały Mojżesz wypływa z wód.
To cała ludzkość, snem, rozpoczyna
Życie, skazane na trud.

Nad kołyskami schylając głowę,
Matki śpiewają, co serce śni.
A sny latają, bezkolorowe,
Sny białe dziecięcych dni.

Ach, śpijcie błogo, bo niedaleko.
Na drugim brzegu, na złomach skał,
Z grubo zasnutą trudem powieką,
Tłumy już legły jak wał.

Wszystko ubóstwo, krzepcy wieśniacy.
Oto trzy czwarte Iudzkości w śnie.
Choć śpią na skale, na twardej pracy.
Swoboda z ich lica tchnie.

Lecz ich sny, z gęsto zakrytą twarzą.
Chodzą bez kształtów, Świateł ni skaz.
Ci spracowani, choć śpią, nie marzą;
Odpoczywają jak głaz.

Cicho i tęskno. Spojrzenie ducha
Znużone, wraca na pierwszy brzeg.
Co na nim Świta? bo na nim grucha?
Ach łódko, powstrzymaj bieg!

U stoków góry, stoją zwaliska
Świątyni szczęścia. Zwaliska już!
A przecie szczyt ich jeszcze połyska,
Jako drogowskaz śród burz.

Tam przed ołtarzem, na którym świeci
Ideał boski, król snów i pan,
Wszystkie marzenia wszystkich stuleci,
Zawodzą wiosenny tan.

Kibić wykwita z różanych rąbków;
Wawrzyn się wplata w promienny włos;
Z ramion tryskają skrzydła gołąbków;
Wzrok orli, słowiczy głos.

Rafaeliczny wdzięk w ich postawie.
Uścisk ich dłoni wiernością cny.
Sny takie nieraz chodzą na jawie.
Młodości! To twoje sny!

Ach, czemuż czółno tak prędko płynie?
Kraśne marzenia pierzchły … jak sen!
Mrok zewsząd pada… Słychać w dolinie,
Zgrzyt zębów i wycia hien.

Na drugim brzegu, żużlowe wzgórza,
Jak obszarpany wulkanu zrąb.
W szczelinach kipi i świszcze burza….
Szalony, kto spojrzy w głąb!

Tam sny gorączki, tam sny choroby,
Dziwadła ciągną płomienny wóz.
Mary się wloką w kirach żałoby
Strach leci, siejący mróz.

Lunatyk pląsa nieludzkim skokiem.
Zmora, u czarnych milczenia drzwi,
Jak lew przysiadłszy, śmiechem i wzrokiem.
Ze swojej ofiary drwi.

W głębi, jaskinia, otwiera ku mnie
Paszczę, skąd zieje krwi świeżej woń…
Tam sny zbrodniarzy biją się tłumnie.
Ostatnia sumienna broń!

Uciekaj prędzej, łódeczko trwożna!….
Ta baśń, straszniejsza jak życia treść.
Nieraz na jawie przetrzymać można.
Co we śnie się nie da znieść.

Wulkan mijamy. — Nad pierwszym brzegiem,
Ciągną się pustki smętarnych pól.
Wśród mogił, żywi legli szeregiem,
Na twarzy ich zastygł ból.

Ach, to rodzice! Ach, to sieroty!
To dusze wdowie, pomne na ślub!
Każde z nich lubej wzywa istoty,
Każde z nich w sercu ma grób.

Sen, choć na chwilę ich uszczęśliwi.
Wracają drodzy! To ona! On!
Pełni uśmiechu, i tacy żywi,
Że sam nie wierzysz w ich zgon!

Lecz ranek przyjdzie zwiać te uśmiechy,
I powić: "Znowu to wszystko trać!
Ach, lepiej nie znać sennej pociechy.
Niż chwilę zbudzenia znać!

A jednak czasem, zagrobna ręka,
We śnie nam skreśli hieroglif łask.
Lub sądów bożych. Zasłona pęka…
Ach patrzcie, co tam za blask!

To Jakubowa świeci drabina —
Prawdy, szczeblami, — niebo jej tłem.
Tam się prawdziwsze życie zaczyna.
Przy którym to życie, snem.

Tam, wysunięci za kres przestrzeni,
"Widzący* mocą wewnętrznych ócz.
Ciałem uśpieni, duchem zbudzeni,
Już… już… chwytają za klucz.

Lecz co w koło nas? Niknie dolina…
Ustaje zgodny żywiołów zbrat —
Góra tu nagle w bezdeń się ścina —
Czyżby tu kończył się świat?

Woda Letejska w otchłanie spada…
Stańmy… O nieba! Tu śmierci próg!
Gdzieś w wieczność leci straszna kaskada -
A nad nią tęcza — i Bóg.

Łabędź poezji zaśpiewał tkliwiej,
Plusnął, i zginął w zamęcie wód.
Zawróćmy łódkę, pókiśmy żywi!
Z łabędziem zniknął i cud.

Pierzchły obrazy… Nikt już nie powie,
Że tędy duchów przeciągał chór.
Tylko u brzegu szumi sitowie,
I zioła wonieją z gór.

Wszystko to, zioła usypiające;
Groźna, magiczna w nich kipi ciecz.
Makówka wstrząsa główek tysiące,
Konopie chrzęszczą jak miecz.

Lecz między temi sennemi kwiaty,
Co widzę? W gąszczu, jak biała kiść,
Rośnie zwój kartek! To poematy,
Puszczają zbyt długi liść.

Nic nie usypia, nic tak nie nuży,
Jak równych rymów przedwieczny tren.
Więc i ja nie chcę śpiewać wam dłużej.
By wszystkich nie zmroczył — sen.


"Sen" autor: Józef Massalski

Bodajbym nie był usnął, albo się nie budził!
Obrazie czarujący! marzeń mych przedmiocie!
Niechbyś mi się nie zjawiał, albo wiecznie łudził;
Niż tak błysnął i zniknął, jak gwiazda w przelocie.
Ach! kto czuły, kto płonął miłośnym zapałem;
Ten zgadnie, że w marzeniach kochankę widziałem.

Tak! widziałem jej postać; gdy na śnieżnem ręku
Wsparła głowę i zefir igrał w jej warkoczu;
Dosłyszałem westchnienia, dosłyszałem jęku;
Lecz, dłonią zasłonionych, nie widziałem oczu.

I nie wiem, dłoń tę będę wielbił czy przeklinał;
Bo wzrok jej razem sercu roskosz i puinał.

Gałązkę z tajemniczej zerwała rośliny,
I twarz się nagłym wstydu oblała strumieniem.
Chce powiedzieć; lecz w łonie wzruszonem Eliny
Lękliwy głos omdlewa tłumiony westchnieniem.
Nie prędkom się dobłagał gałązki i słowa;
Słowo to było kocham, gałązka myrtowa.

Kiedy los mój zaćmiony mgłą smutnych wydarzeń,
Gdy żalu z duszy wygnać na jawie nie zdołam;
Chciałbym jeszcze ją poić roskoszą tych marzeń;
Zamykam łzawe oczy i znowu snu wołam;

Lecz napróznom, niestety! powiekę utrudził.
Bodajbym nie był usnął, albo się nie budził.


"Kraina snu" autor: Edgar Allan Poe

Tłumaczenie: Antoni Lange.

Idąc w ciemny szlak nieznany,
Od złych duchów opętany –
Z krain, kędy Bóstwo – Noc
Samowładną dzierży moc
I, w gwiaździstej lśniąc koronie,
Na swym czarnym siedzi tronie –
Świeżom wrócił w nasze światy,
Spoza Thule lodowatej –
Ze sfer – co w mgłach się promienią –
Poza czasem i przestrzenią.

Tam doliny są bezdenne,
Tam urwiska są kamienne,
Tam są głazy fantastyczne –
Letargiczne – magnetyczne –
I otchłanie – i pieczary –
I olbrzymich lądów jary –
Niepojętych kształtów mary –
Wiekuistych mgieł opary.
Niebotyczne dzikie góry
I bezbrzeżnych mórz lazury,
Mórz, co dyszą bez wytchnienia
Pod błękitem z krwi płomienia.
I jeziora nieskończone,
W martwą wodę skrysztalone,
W martwą wodę lodowatą,
Śnieżnych lilii strojne szatą.

U tych jezior nieskończonych
W martwą wodę skrysztalonych,
W martwą wodę lodowatą,
Śnieżnych lilii strojnych szatą –
U tych gór – i u tych rzek,
Które szumią z wieku w wiek –
U tych borów – u tych błót,
Gdzie jaszczurek żyje ród –
U tych mrocznych kałuż brzegu,
Przeraźliwych wiedźm noclegu,
I w wszetecznej każdej plamie –
I w rozpacznej każdej jamie –
Gdy tu błądzisz, wszędy ci,
Zapomniana, nikła lśni,
Jakaś mara przeszłych dni.
Zaczajone błędne twarze
Gdy wędrowiec się ukaże –
Nagle jawią się jak cienie,
Dreszcz w nim budzą i westchnienie.
Drogie widma w białych szatach,
Niecielesne w obu światach –
I na ziemi – i na niebie
Schodzą – niby mgła – do ciebie.

Bowiem sercom bolejącym
Kraj ten światem jest kojącym;
Tym, co męką dyszą bladą –
Kraj ten jest – jak Eldorado.
Bo wędrowiec, co tu zboczy,
Przez zamknięte widzi oczy.
Przed otwartą zaś źrenicą –
Świat ten – wieczną tajemnicą.
Tak chce Pan, co zakaz święty
Dał powiece niezamkniętej.
Duch, co błądzi ziemią tą,
Przez zaćmione patrzy szkło.

Idąc w ciemny szlak nieznany,
Od złych duchów opętany,
Z krain, kędy Bóstwo – Noc
Samowładną dzierży moc –
I, w gwiaździstej lśniąc koronie,
Na swym czarnym siedzi tronie –
Świeżom wrócił w nasze światy
Spoza Thule lodowatej.


"Mara" autorka: Maria Zientara-Malewska

Spłynęła razem ze śwatłem księżyca…
Szata jej z nici śnieżnych utkana,
A tak powiewna jak morska piana,
Tak dziwnym blaskiem świecą jej lica.

Jej włos złocisty spływa bezładnie,
Liliowy wieniec ozdabia skronie,
A oko ogniem tajemnym płonie
I dłoń do mojej cicho się kradnie.

Swą głowę do mej zbliżyła głowy,
Usteczek para skroń mą musnęła
I tak cichutkim głosem szepnęła
Jak liść, gdy zadrży w wieczór majowy.

„Pójdź za mną, dziecię , w cudnie krainy,
Tam cię do zamków pięknych wprowadzę
I tajemnice wszystkie zgromadzę,
Co napełniają ziemi głębiny!”

Dotknęła ręki mojej dziewica,
I mnie na śliczne błonie powiodła,
Gdzie w cieniu palm tryskały źródła
Srebrzone blaskiem mdławym księżyca.

Szłyśmy przez gaje mirą pachnące,
Gdzie ptasząt barwnych śpiewały roje,
Widziałam zamków srebrne podwoje
I wieże białe złotem błyszczące.

W ogrodach stały piękne dziewice,
Słyszałam harf anielskie granie
I jakieś miłe tęskne śpiewanie,
Poznałam lasów, gór tajemnice.

Ujrzałam w skałach starych rycerzy,
Co za ojczyznę kiedyś walczyli
I karły zwinne, co im służyły,
I wielkie grupy górskich pasterzy.

O był to widok cudny, uroczy!
U nóg mych rosły kwitnące zioła
I woń nieznaną słały dokoła,
Wtem coś stuknęło… otwarłam oczy…

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License